Największym utrapieniem kierowców w Mexico City wbrew pozorom nie jest brak zasad obowiązujących na drogach czy niełatane dziury, lecz wszechobecne korki.
Teoretycznie pani domu może korków uniknąć, gdyż one z reguły występują o określonych porach dnia - od 6:30-9:00, od 13:30-16:30, 18:30-21:00. Chyba, że władze miasta zamkną z powodu remontu jakąś ulicę i zapomną o tym uprzedzić tysiące wracających z pracy mieszkańców. Potem samemu trzeba znaleźć objazd, bo zdarza się, że drogowcy zapominają właściwie go oznaczyć.
W praktyce w stolicy Meksyku z korkiem trzeba umieć się zmierzyć. Pokonanie 17 kilometrów z domu na północy miasta do centrum, zajmuje mojemu chłopakowi półtorej godziny. Od momentu opuszczenia domu, niemal do samego końca sunie się w żółwim tempie aż do City. A ja razem z nim, aż do metra. Wybieramy i tak mniej uczęszczaną drogę – podziurawione Gustavo Baz, objeżdżając miasto od drugiej strony.
Meksykanie nie potrafią pozostać w takim korku bezczynni. Ci, którzy nie narzekają przez telefon na ścisk, czytają gazety, albo śladem tysięcy autobusów, na chama wciskają się na sąsiedni pas. Kobiety zdecydowanie górują nad mężczyznami. Wykorzystują ten czas, aby nałożyć cień na oczy, puder, a na koniec pomalować rzęsy i podkręcić je nieco do góry, do czego używają niezawodnej łyżeczki stołowej.
Bywa, że kierowca, który cudem uniknął wypadku, trąbi na samochód, który się przed niego wcisnął i pokazuje głupie miny. Obrażany przeciwnik też wymachuje rękoma, albo wybucha szalonym śmiechem.
Mój chłopak naznaczony latami doświadczeń, próbuje przechytrzyć inne samochody i znalazł kilka objazdów, przez co oszczędza codziennie kilkanaście minut. Objazdy estetyczne nie są, pokazują paskudne oblicze tego wielkiego miasta. Przejeżdżając wąskimi uliczkami mijamy kamienie, które się wykruszyły z asfaltu i nikt od tygodni nie miał czasu ich sprzątnąć, śmieci, bezdomne psy, nieotynkowane maleńkie domeczki i meneli. Co jakiś czas się zatrzymujemy przed bezbronnym przechodniem, który na pasach nie ma żadnych szans.
Moim ulubionym fragmentem jest ulica, przy której stoją tanie bloki z czerwonej cegły. Tam podpatruję życie mas. Nieumyte okna, ubrania suszące się na dachach i setki torebek ze śmieciami - rzucone na chodnik i trawnik, a ci co mają większe poczucie humoru reklamówki z odpadkami zawiesili na krzaczkach. Na jednym z bloków graffiti Fridy Kahlo, znanej meksykańskiej malarki i jej krótka biografia. A na innym wizerunek reporterki z polskim rodowodem Eleny Poniatowskiej.
Natomiast ja, nauczona żyć w Europie, próbuję nie zmieniać wszystkich zwyczajów i połowę drogi do pracy pokonuję miejskim metrem. Metro w Meksyku ma aż, a może tylko 12 linii. Na peronie od rana setki oczekujących. Zawsze wsiadam do pierwszego wagonu, przeznaczonego dla kobiet. Kiedy podjeżdża zapełniony pociąg metra i otwiera drzwi, tłum roześmianych, czasem wrzeszczących pań na obcasikach wciska się do środka. Z reguły zostaję wepchnięta siłą do wagonu i stoję tam jak sardynka w puszce nie mogąc się poruszyć przez następne 20 minut. Kobiety dalej śmieją się, bo dla nich ten wyścig do wagonu jest świetną zabawą. Mnie w takich momentach zdarza się jedynie myśleć – Ale Meksyk...
wtorek, 5 stycznia 2010
piątek, 30 października 2009
ALFONSO
Alfonso, kierowca autobusów turystycznych, wie co to szczęście. To nie samochód, pieniądze, ani ładny dom. Szczęście jest wtedy, kiedy ma się miskę fasoli, tortille i można je zjeść ze swoją uśmiechniętą rodziną. Nic innego nie ma znaczenia, tylko ludzie o tym nie wiedzą. Bo bieda rodzi się w głowie, jak mówi. A on czuje się bogaty.
Jeżdzil po Hondurasie, Belize, Gwatemali, które jego zdaniem są tak samo biedne jak Chiapas, gdzie mieszka jego żona i 5 letnia córka. Martwi go, że biedni Meksykanie stamtąd tak bardzo pragną bogactwa, że nie cofną się przed niczym. Przyjeżdżają do miast bez planu, widzą te wszystkie marki, limuzyny, wille i porywają ludzi dla okupu, kradną, zabijają, żeby mieć to samo. Kiedy chodzi wieczorami po Mexico City cały czas ogląda się za siebie.
Z żoną widzi się przed 5 dni w miesiącu. Potem wraca do stolicy i do pracy, którą kocha. Tylko tutaj może więcej zarobić, wysłać pieniądze do domu, oraz utrzymać swoją matkę i 15 letnią córkę, które mieszkają razem z nim w mieście. Starsza córka już się nie uczy. Powiedziała mu, że dobrze czuje się bez szkoły, więc otworzył dla niej sklep z butami.
Przez rok mieszkał w Los Angeles, pracował jako magazynier w sklepie z meblami, ale czuł, że się dusi. Zarobione pieniądze wydawał na podróże po Stanach, Kanadzie. W końcu wrócił do Meksyku. W tym roku mija 23 lata odkąd jest kierowcą i jeszcze nie przejechał całego Meksyku.
Jest przy tuszy, zawsze uśmiechnięty, w krawacie, czasem nosi lekko przetartą koszulę. No i jest szczęśliwy.ł
Jeżdzil po Hondurasie, Belize, Gwatemali, które jego zdaniem są tak samo biedne jak Chiapas, gdzie mieszka jego żona i 5 letnia córka. Martwi go, że biedni Meksykanie stamtąd tak bardzo pragną bogactwa, że nie cofną się przed niczym. Przyjeżdżają do miast bez planu, widzą te wszystkie marki, limuzyny, wille i porywają ludzi dla okupu, kradną, zabijają, żeby mieć to samo. Kiedy chodzi wieczorami po Mexico City cały czas ogląda się za siebie.
Z żoną widzi się przed 5 dni w miesiącu. Potem wraca do stolicy i do pracy, którą kocha. Tylko tutaj może więcej zarobić, wysłać pieniądze do domu, oraz utrzymać swoją matkę i 15 letnią córkę, które mieszkają razem z nim w mieście. Starsza córka już się nie uczy. Powiedziała mu, że dobrze czuje się bez szkoły, więc otworzył dla niej sklep z butami.
Przez rok mieszkał w Los Angeles, pracował jako magazynier w sklepie z meblami, ale czuł, że się dusi. Zarobione pieniądze wydawał na podróże po Stanach, Kanadzie. W końcu wrócił do Meksyku. W tym roku mija 23 lata odkąd jest kierowcą i jeszcze nie przejechał całego Meksyku.
Jest przy tuszy, zawsze uśmiechnięty, w krawacie, czasem nosi lekko przetartą koszulę. No i jest szczęśliwy.ł
poniedziałek, 31 sierpnia 2009
LA CASA BONITA

Ruben bedąc na swoich pierwszych wakacjach w Polsce zauważył – Prawie wszystkie wasze domy są takie same. Dopiero po przyjeździe do miasta Meksyk zrozumiałam co miał na myśli. Tutaj dom odzwierciedla duszę jego właściciela. Niemal każdy jest niepowtarzalny i niepisaną zasadą jest, że nie może być taki sam jak dom sąsiada.
Musi się różnić choćby kolorem. W dzielnicach zamieszkałych przez klasę średnią kolor jest obowiązkowy, można spotkać budynki pomalowane na żółto, zielono, niebiesko, pomarańczowo, seledynowo. Im żywszy kolor, tym lepiej.
Ostatnio spacerując jedną z lepszych dzielnic Mexico City, gdzie 300 metrów ziemi kosztuje milion pesos (czyli ponad 200 tysięcy złotych), zauważyłam, że większość właścicieli prosiła architekta o pomoc w projektowaniu ich gniazdka, ale część projektów samodzielnie ulepszano. Przed wejściem do prostej, kwadratowej bryły, postawiono portyki, żeby wygląd budynku uszlachetnić. W innym miejscu przed nowoczesnym domem dobudowano krużganek.
Chociaż wielu "domowych artystów" czerpie inspiracje że starożytnego rzymu, to chcąc tego czy nie, posiadają domy w stylu eklektycznym. Nie licząc samozwańczych architektów, którzy od pierwszej cegły wymyślają swoje własne, nieistniejące jeszcze i trudne do opisania style.
Zdarza się, że dom nie wyróżnia się niczym innym poza kolorem. Ale i tak Meksykanów korci, żeby zaznaczyć swą obecność . Na przykład postawią ołtarzyk z Matką Boską z Gwadalupe w ogródku, albo na kwadratowym kominie umieszczą cztery rzeźbione głowy konia. Worek z pomysłami nie ma końca.
W biednych dzielnicach architektura jakby uboższa. Domy mają dwa okna, czasem bez szyb, i niezbyt solidne drzwi pośrodku. Najczęściej nie są otynkowane, jak gdyby zdawały się mowić. – Turysto, strzeż się. Tutaj jest mnóstwo śmieci na trawnikach, oraz dachcach naszych mieszkań, drogi są dziurawe i nie jest zbyt bezpiecznie, bo jesteśmy biedni, a poza tym nie lubimy czystości. Chociaż i w takich dzielnicach zdarzają się wyjątki.
Raz zauważyłam, że po obu stronach starych torów kolejowych, nowo przybyli do miasta Meksykanie, nielegalnie postawili maleńkie domki. Zgodnie z meksykańską logiką, mogą stać tam do czasu, aż jakiemuś bogaczowi nie zaczną przeszkadzać. Domki są drewniane, czasem z pustaków, z jednym oknem zakrytym szmatą i blachą zamiast dachu. Jednak ich właściciele też chcą wyróżniać się w swojej niezbyt luksusowej dzielnicy. Każdy z nich został pomalowany na inny, jaskrawy kolor.
poniedziałek, 15 czerwca 2009
MANANA
Meksykanie mają do życia sporo dystansu. Nie lubią się zasmucać, ani robić czegoś wbrew sobie, więc gdy pojawiają się problemy, mówią niczym Scarlett O’Hara z „Przeminęło z wiatrem” – Pomyślę o tym jutro.
Robienie długoterminowych planów też nie leży w naturze większości z nich. – To piękne wspomnienia są najważniejsze, a nie zamartwianie się o przyszłość – miawiają. Gdy zapytałam kolegi jak wyobraża sobie starość, skoro rząd zlikwidował państwowe emerytury dla pracowników prywatnych firm, ten wzruszył tylko ramionami i odpowiedział – Nie wiem. Potem dodał – To już problem mojego dziecka.
W imię dobrych wspomnień znajomy Meksykanin poleciał z narzeczoną na wakacje do Argentyny. W tym samym roku udał się do Miami, Nowego Jorku i Las Vegas. Zatrzymywał się w drogich hotelach (bo co Amerykanie o mnie powiedzą), jeżdził po mieście wypożyczonym samochodem i poszedł na sztukę na Brodwayu. Po powrocie kupił Forda ze skórzanymi obiciami. I za to wszystko zapłacił kartami kredytowymi. Miesięczna rata spłat wyniosła więcej niż jego pensja. W końcu bank złożył mu propozycję – Zwróć nam połowę długu od razu, a my anulujemy drugą część. Pomogła mu współwinna dziewczyna. Ale tydzień temu poszli na Expo Travel poszukać kolejnej wycieczki, tym razem do Europy.
Jedna Francuzka tłumaczyła naszym wspólnym znajomym z Meksyku – Wiem, że każda kultura ma swoją specyfikę, ale po czterech latach mieszkania tutaj, nie mogę zaakceptować waszego „un momento”. Gdyż „un momento” w praktyce oznacza, że zamiast na dziś, coś zostanie zrobione na jutro. Umawiam się z pracownikiem banku, że przyjdzie podpisać ze mną umowę, a jemu coś wypada i zapomina mnie o tym poinformować. Innym razem czekam na koleżankę w kawiarni, a ona odwołuje w ostatniej chwili spotkanie, albo spóźnia się dwie godziny. Przy czym każde spotkanie potwierdzam dzień wcześniej. Przecież jeśli Meksykanowi powiem „do zobaczenia w piątek za tydzień”, ten nie potraktuje spotkania poważnie. Jeden Meksykanim powiedział mi – Tutaj mówi się komuś to, co druga osoba chce usłyszeć. Jeżeli ktoś chce się spotkać, ale my nie mamy na to czasu, to i tak wtępnie umówimy się na spotkanie. Po co robić komuś przykrość.
W zeszłym roku kolega z pracy Rubena urządzał w posiadłości rodzców, niedaleko Mexico City, imprezę urodzinową. Zaprosił wszystkich znajomych z działu i wszyscy potwierdzili przyjazd. Na spotkanie dojechaliśmy tylko my z Rubenem. W tym momencie zrozumiałam życiową mądrość mojego narzeczonego – Zapraszaj o ponad połowę więcej gości niż chcesz żeby na imprezę przyszło.
Manana sprawia, że Meksykanom nie wolno ufać na słowo. Gorzej jeśli to dotyczy robotników, którzy remontują twój dom. Jedna koleżanka dała jednemu z nich zaliczkę na nowe drzwi do garażu. Czekała na niego w domu przez cały poniedziałek, bo tak byli umówieni. Nie przyszedł. Zadzwoniła do niego – Oj, przepraszam, ale naprawdę nie mogłem, będę w środę. W środę też się nie zjawił. Znowu się tłumaczył – Mojego kuzyna zamknęli, będę w poniedziałek. – Ale dałam panu pieniądze, potem pan nie zjawia się, nie wiem co o tym mam myśleć. – Ależ na pewno będę, a pani pieniądze są dla mnie święte. Koleżanka kończy opowieść – Dzięki temu dom remontuję już od roku i końca nie widać.
Robienie długoterminowych planów też nie leży w naturze większości z nich. – To piękne wspomnienia są najważniejsze, a nie zamartwianie się o przyszłość – miawiają. Gdy zapytałam kolegi jak wyobraża sobie starość, skoro rząd zlikwidował państwowe emerytury dla pracowników prywatnych firm, ten wzruszył tylko ramionami i odpowiedział – Nie wiem. Potem dodał – To już problem mojego dziecka.
W imię dobrych wspomnień znajomy Meksykanin poleciał z narzeczoną na wakacje do Argentyny. W tym samym roku udał się do Miami, Nowego Jorku i Las Vegas. Zatrzymywał się w drogich hotelach (bo co Amerykanie o mnie powiedzą), jeżdził po mieście wypożyczonym samochodem i poszedł na sztukę na Brodwayu. Po powrocie kupił Forda ze skórzanymi obiciami. I za to wszystko zapłacił kartami kredytowymi. Miesięczna rata spłat wyniosła więcej niż jego pensja. W końcu bank złożył mu propozycję – Zwróć nam połowę długu od razu, a my anulujemy drugą część. Pomogła mu współwinna dziewczyna. Ale tydzień temu poszli na Expo Travel poszukać kolejnej wycieczki, tym razem do Europy.
Jedna Francuzka tłumaczyła naszym wspólnym znajomym z Meksyku – Wiem, że każda kultura ma swoją specyfikę, ale po czterech latach mieszkania tutaj, nie mogę zaakceptować waszego „un momento”. Gdyż „un momento” w praktyce oznacza, że zamiast na dziś, coś zostanie zrobione na jutro. Umawiam się z pracownikiem banku, że przyjdzie podpisać ze mną umowę, a jemu coś wypada i zapomina mnie o tym poinformować. Innym razem czekam na koleżankę w kawiarni, a ona odwołuje w ostatniej chwili spotkanie, albo spóźnia się dwie godziny. Przy czym każde spotkanie potwierdzam dzień wcześniej. Przecież jeśli Meksykanowi powiem „do zobaczenia w piątek za tydzień”, ten nie potraktuje spotkania poważnie. Jeden Meksykanim powiedział mi – Tutaj mówi się komuś to, co druga osoba chce usłyszeć. Jeżeli ktoś chce się spotkać, ale my nie mamy na to czasu, to i tak wtępnie umówimy się na spotkanie. Po co robić komuś przykrość.
W zeszłym roku kolega z pracy Rubena urządzał w posiadłości rodzców, niedaleko Mexico City, imprezę urodzinową. Zaprosił wszystkich znajomych z działu i wszyscy potwierdzili przyjazd. Na spotkanie dojechaliśmy tylko my z Rubenem. W tym momencie zrozumiałam życiową mądrość mojego narzeczonego – Zapraszaj o ponad połowę więcej gości niż chcesz żeby na imprezę przyszło.
Manana sprawia, że Meksykanom nie wolno ufać na słowo. Gorzej jeśli to dotyczy robotników, którzy remontują twój dom. Jedna koleżanka dała jednemu z nich zaliczkę na nowe drzwi do garażu. Czekała na niego w domu przez cały poniedziałek, bo tak byli umówieni. Nie przyszedł. Zadzwoniła do niego – Oj, przepraszam, ale naprawdę nie mogłem, będę w środę. W środę też się nie zjawił. Znowu się tłumaczył – Mojego kuzyna zamknęli, będę w poniedziałek. – Ale dałam panu pieniądze, potem pan nie zjawia się, nie wiem co o tym mam myśleć. – Ależ na pewno będę, a pani pieniądze są dla mnie święte. Koleżanka kończy opowieść – Dzięki temu dom remontuję już od roku i końca nie widać.
niedziela, 31 maja 2009
poniedziałek, 11 maja 2009
NIÑOS TRABAJADORES
Dzienniki w Meksyku piszą "Na naszych ulicach pracuje 3,5 miliona dzieci". Można je spotkać na skrzyżowaniach dużych miast, w metrze, nad morzem w turystycznych miejscowościach, na wsiach. Są to dzieci z biednych domów, w większości indiańskie. -- Indianie zgodnie z tradycją decydują się na tyle dzieci ile im Bóg da - powiedział mi kiedyś polski misjonarz, tyle tylko, że potem muszą się same utrzymać. Oczywiście praca dzieci jest niezgodna z oficjalnym meksykańskim prawem. Ale jak to powiedziała moja koleżanka – Gdyby w Meksyku wszyscy przestrzegali prawa, to byłby to kraj mlekiem i miodem płynący.
Na czerwonych światłach dzieci, żeby zarobić żąglują piłeczkami, łykają ogień, udają klowny i myją szyby samochodu wbrew woli ich właścicieli. W wagonach metra, naśladując dorosłych, śpiewają meksykańskie piosenki i rozdając naklejki, lub obrazki świętych z prośbą o jałmużnę. Czasem asystują swoim rodzicom, którzy (słusznie) liczą na litość pasażerów.
W drodze do pracy codziennie w podziemiu metra mijam tradycyjnie ubraną, siwą Indiankę. Siedzi na schodach z wyciągniętą ręką. Od kilku tygodni przyprowadza ze sobą troje dzieci, dwoje w wieku około trzech lat. Pomagają jej sprzedając gumy do żucia. Po południu, kiedy są zmęczone, kładą się na zimnej podłodze metra i nikogo to nie dziwi.
Na Coyoacan, kulturalnej dzielnicy Mexico City, dzieci zaczepiają przechodniów i próbują sprzedać indiańskie rękodzieło - najczęściej małe szmaciane laleczki, przedstawiające Indian. Ośmiolatka tłumaczyła mi – Moja mama teraz pracuje nad nimi w domu, więc muszę jej pomóc. Małych handlarzy można tam spotkać nawet o drugiej nad ranem.
Dzieci są najlepszym wabikiem na turystów. W San Cristobal de las Casas, w indiańskim mieście w stanie Oaxaca, podeszła do mnie młoda Indianka z kolorowymi chustami. Trzymała za rękę dwulatka, drugie dziecko biegało dookoła niej, a w chuście na plecach spało niemowle. Otworzyła rączkę jednego ze swoich dzieci i powiedziała po hiszpańsku – Daj, pani, daj.
W strefie archeologicznej Bonampak, ośmiolatek w przybrudzonej koszuli rozkładał stoisko z naszyjnikami zrobionymi z ziaren różnych roślin. Ktoś chciał mu zrobić zdjęcie – 15 pesos – zawołał z gniewem. Po chwili zgodził się opowiedzieć trochę o sobie – W szkole uczę się dwóch języków nahuatl i hiszpańskiego. Hiszpańskiego nauczyli mnie rodzice jak miałem cztery lata. Mam czworo rodzeństwa. Mój tata jest strażnikiem w Bonampak, mama w domu opiekuje się moim bratem, który ma trzy miesiące. Przychodzę tutaj po szkole, aby na nich zarobić.
Do stolika w restauracji przy plaży podeszła do mnie kilkulatka, tradycyjnie z pudełkiem gum. Widziąc, że jest zmęczona poprosiłam żeby usiadła i zamówiłam dla niej Cola Cole. Nie wypiła jej od razu - odwracała się za siebie, jakby czegoś szukała. Kiedy odpoczęła podbiegła do kobiety, która siedziała przy wejściu do restauracji. Razem z nią było kilkoro innych dzieci. Kobieta zaczęła karcić dziewczynkę w indiańkim dialekcie i ręką wskazała na turystów. Kolega powiedział – Pewnie była zła, że mała nie podzieliła się z nią i resztą dzieci Coca Colą. Oni wszystkim mają się dzielić, tak są nauczone. Po chwili dziewczynka znowu zaczęła chodzić od stolika do stolika.
Jeden Meksykanin tłumaczył mi – Moja żona (Polka) kiedy widzi żąglujące dzieci na ulicy, oddałaby im wszystkie pieniądze. A dla nas to tak samo normalne, jak biegające po ulicach bezdomne psy.
poniedziałek, 4 maja 2009
Subskrybuj:
Posty (Atom)